***

mam tylko jedną twoją różę

tysiąc znaków zapytania

zastygłych w półuśmiechu

szorstkie słowa strzepuję ze skóry

nieprzytomnie w półrozkoszy

drzemię

sierpień, 2003

***

zaciągam się tobą

do bezdechu

papieros

gaszę w popielniczce

maj, 2004

***

ty

mój uśmiech kroisz na pół

tępym nożem

ty

moich śmierci

sznurki nietrwałe

trzymasz w dłoniach

niby ścięte róże

ty

moją miłość zamieniasz

w lód

w trzydziestostopniowym

upale

maj, 2004

***

nocą

otwierają się czeluście

samotności

maj, 2004

***

umierać

to nie jest prosta

zupełnie droga

do siebie

ale ja

umrę zachłannie i ostro

jak krzyk przetnę istnienie

i wtedy już będą tylko

perspektywy

i tylko świt

maj, 2004

***

siedzimy

naprzeciw

trzymasz w ręku

nóż

i ja powoli

opuszkiem palca dotykam

kropla krwi

na stół

potem już nieistotne

którą

dłoń

pierś

krtań

byle do dna prawdy

nabitej na nóż

lipiec, 2004

***

męczy mnie

męczy mnie płacz

ślepca

ukrytego w mym wnętrzu

mam siłę wiarę

i lęk

który przerasta

siłę i wiarę

mam siebie za zasłoną z krwi

mam ręce związane sobą

jak sznurem

krok za krokiem

zagłębiam stopy

w swe ślady

kwiecień, 2005

***

uczę się życia

dopiero teraz

skrawek po skrawku otwieram

dawno zaginione legendy

dzieciństwa

kołyszę swoje lęki

wybaczam szarpnięcia

po własnym człowieczeństwie

układam swój uśmiech we wnętrzu

dopiero teraz gdy już do końca

umarły cienie grające prawdę

wszystko co krzykiem budziło mnie z życia

godzę się na twoją dłoń w moich włosach

prostotę dnia i nocy

jestem tutaj

już na prawdę

maj, 2005

***

to nie jest moje miejsce

ja tu nie walczę

z życiem

ani go nie pieszczę

zapamiętale

ani mu nie szepczę

czule

w ciszy

ani z nim nie chodzę

za rękę

wśród drzew

ja tu wrastam

korzeniami

w rozpacz bezgłośną

krwawię

niemocą

martwych dłoni otwartych

oczy

chowam

głęboko do brzucha

w brzuchu rośnie

kwiat

lipiec, 2005

***

smutek

jest szaleństwem

ubogich

błądzących w szarpaninie

pragnień

szaleństwem

tysiąca nitek

na których grzęźnie

rozkosz doznania

wyciągam

nitka po nitce

tkanina opada

kroplą krwi

wsiąka w ziemię

zostaje

nienaruszony uśmiech milczenia

dotknięcie świata

nagą żywą dłonią

sierpień, 2005

***

na krótki błysk

pojawia się świadomość

że deszcz miewa

zapach

a krew smak nieco

słodkawy

i znowu nagłe

staczanie się w nicość

gdzie wszystko jest tłem

gdzie smutek jest złem

ostatecznym

sierpień, 2005

***

wyłuskana z orzecha

pod tytułem

życie

istnieję na krawędzi

załamania nerwowego

obsesyjnych lęków

drążących obrazów

nieobliczalności wnętrza

skręconego spiralnie wokół żołądka

jestem

bo oddech samoczynnie

się panoszy

lecz nie głębiej niż najlżejsze

zwątpienie

jestem

bo tak prościej

tylko myśleć o żyletkach

i 9 piętrze

i przez cały czas

mieć świadomość

że ktoś sobie robi

makabryczny

złośliwy żart

sierpień, 2005

***

świat

pięknie rozłupał się

na dwoje

a ja nie chcę

bardzo nie chcę

umierać stopniowo

stopa za stopą

w dół

sierpień, 2005

***

to jak odrzucenie

cierpkiego owocu

zagłady

nie jeszcze nie

teraz

zawieszamy na moment

nóż

pastelowe kolory nieba płyną wolno

szum miasta

jego śpiewne trwanie w moich

jeszcze na chwilę

żyłach

zapomnienie o przeznaczeniu

ciemnej zatrutej krwi

ona musi wpłynąć

w arterie ciepłej ziemi

wrzesień, 2005

***

to ty je obarczasz

wypędzasz i grzebiesz

pod ciepłymi liśćmi

milczenia

mieszkasz daleko od

asfaltowych dróg

mówisz cierpliwie

do posągowych twarzy

czekasz aż

zmartwieje ciało

stanie się

podległe

pokonane

śmiertelne

wrzesień, 2005

***

stoję teraz

w bardzo pięknym miejscu

siebie

już strzepałam z powiek pierwszą

warstwę lęku

już zdobyłam się na gest ufności

w rzeczywistość

jakbym zdjęła w końcu buty

numer mniejsze

zanurzyła obolałe stopy w trawie

styczeń, 2006

***

myśl

jak tętent koni z odkrytą grzywą

szept

zasnutych ciał i drzwi

nerw

przebiega pośpiesznie pod

zwojem mask

i usta

ten splot słoneczny kłamstw

(prawda jest dnem

bez poszlak i rozgraniczeń)

i ja

fatamorgana zdarzeń przeszłych

i sny

jak pochylone anioły

i my

czas niedokończony

luty, 2006

***

gdy myślałeś do mnie w czasie

przyszłym

i teraźniejszym

gdy zmuszałeś moje serce

do akrobacji nad wyraz

trudnych

gdy karmiłeś mnie zabawką

przekręcaną na kluczyk

gdy zatrzasnąłeś moje wnętrze

w swym milczeniu

gdy patrzyłeś za horyzont

bardzo słusznie

gdy strzepałeś z dłoni resztkę piasku

z naszej plaży

i minąłeś mnie jak gdyby

od niechcenia

rosłam w siłę

kwiecień, 2006

***

wiedziałam jak pełzać na krawędzi dnia

którą twarz wybrać wśród uśmiechów

jaki kolor słów ubrać na dzień dobry

i jaki czas odmierzyć dla ucieczki

i to wszystko było misternie

uplecione w jeden ból

przewlekły

na granicy nieistnienia

lub istnienia zbyt mocno

nakreślone czerwienią i tłem

wyostrzone do granic pamięci

w zaciśniętej

dłoni

krtani

myśli

promieniało ciemną krwią

w takim stanie

lepkiej cieczy nagich pragnień

urodziłam

centymetr po centymetrze

swoją ciszę

swój dźwięk w ciszy

swój głos w dźwięku

swoje nie

styczeń, 2007

***

smutek przelewający się między

powiekami

i cisza milcząca

cisza wniebowzięta

i zalążek zimy

lekko

drażniący nozdrza zapach

i przeczucie tylko wygodnie dalekie

zmartwychwstałych

z bieli ziaren

ten pokój jest ładny

cztery ściany żebrzące

cztery ściany

do kości odrapane

i zamalowane znowu

na cichą zimną zieleń

ptaki już odfrunęły

bez pożegnań

na rozpalonej dłoni

pierwsza gwiazdka śniegu

grudzień, 2006

***

ustawiłeś mnie pięknie

po dwóch stronach

barykady

czasu przeszłego i przyszłego

kazałeś strzelać

choć cel był zamglony

i niejasno odłączony od serca

kazałeś zgadywać

choć strzępy dni

były już precyzyjnie

rozliczone w ciele

zrobiłeś mnóstwo prób i prospektów

nie przeszły

przykleiłeś do twarzy wiele masek

zakrzepły

pozwoliłeś mi wymknąć się z więzienia

ukradkiem

więc odeszłam

z zaciśniętymi zębami

w których zgrzytał

strach

układam co wieczór piękne bajki

na dobranoc

by co rano budzić się

z cierpkim oddechem

i martwymi myślami

grudzień, 2007

***

to wszystko nie prawda

proszę mi wybaczyć

to tuptanie w miejscu

ten bełkot z gruntu

zawiły i śmieszny

ten lęk zakrzepły na skórze

przez ciarki do serca

pod prąd

to wszystko bzdura

pisana dużymi literami

to nie mój wyraz oczu

zwierzęcia na rzeź

te dłonie niepewnie

dotykające dzień

smutek zakrzepłych ran

ja jestem obok

stoję patrzę

uśmiech od ucha od ucha

mrugnięcie okiem

żart

ja stoję przy jasno zapalonej świecy

ja ściskam mocno palcami jej żar

styczeń, 2008

***

wymyśliłam sobie ciebie

w bardzo małej przestrzeni stojącej

według moich warunków i wizji

wymyśliłam sobie życie

jak w koślawym lustrze

odbite na przestrzał

rozdarte

nieprawdziwe do bólu

krzywe

wymyśliłam sobie szczęście

w ciasne ramy wtłoczone

żłobione w wytrwaniu…

lakier odpryskuje powoli

pod paznokciami żywa ziemia

dochodzę do wzgórza

horyzont jest szeroki i starcza dla myśli

jak kamieni rzuconych

w głębinę

styczeń, 2008

***

tak wolno powrócić

do znowu szeroko

otwartych oczu na świat

zanurzyć dłonie

w łagodny półmrok wieczoru

odetchnąć

trochę głębiej

zajrzeć do środka

uśmiechu

wypłynąć na powierzchnię

nie dławiąc się oddechem

jak karp

pogrzebać

na dnie

swój strach

styczeń, 2008

***

widzisz

tak pięknie

zanurzyłam dłonie

w twym oddechu

rozłupałam

twoje ciepło

na dwie piersi

popatrzyłam z oddalenia

na dwie twarze

załamałam

kładkę ciszy

na zmierz słów

wrzesień, 2008

***

już nie muszę przepraszać

że jestem

widzialna

wyostrzona w granicach

piękna

już nie muszę wyrastać

z popękanej ziemi

przebijać ramion

walczyć o wodę

juz minęłam swój cień

przede mną wyrosły

zakopałam topory

wykrzyczałam strach

wymodliłam

swoją siłę

w jedną noc

wrzesień, 2008

***

jeszcze ściskam w dłoni

zwiędłe kwiaty

wącham ich zapach

odległy

trwam

lecz nadejdzie taki czas

że pozbieram całą przeszłość

z dywanu

zajaśnieje

mi szyba odbiciem promieni

na razie

wieszam swój lęk

zamiast firanek

styczeń, 2009

***

wyrzucam śmieci

wylewam marzenia

wypadam z tła

biel nie ma koloru

jest tylko bielą

skostniałą

ciało nie smakuje już

wczorajszą goryczą

dno już osiągnięte

już nie trzeba spadać

niżej

już można schwycić

za stopę

skrawek dnia

powoli zdjęłam skórę i płaszcz

przeciwdeszczowy

stanęłam przed tobą

z nagimi bliznami

już nie musisz więcej pytać dlaczego

ja już dłużej nie będę uciekać

lipiec, 2009

***

wychyliłam czarę goryczy

do dna

ostatnią kroplę

jeszcze czuć na języku

smakiem spalonych

szans

jednak oczy blask swój odgadły

myśli kurs odpowiedni złapały

trzymam w dłoni gałązkę oliwną

dla siebie samej

czerwiec, 2010

***

mam trzydzieści lat

i gdzie sięgnę wzrokiem

zgliszcza moich decyzji

trzydzieści lat zagrzebanych

w piasku

nieświadomości

czas tyka wyraźniej

niż dotychczas

jeszcze zostało mi

kilka okrążeń zegara

żeby przywrócić

właściwe miejsca

cieniom

kładącym się nisko

na mojej twarzy

styczeń, 2010

***

wiesz

że nie musisz

być silna

powiedział mi ktoś

na ucho

głosem o którym

prawie zapomniałam

z dalekiej przestrzeni czasu

z wdzięczności

padłam na kolana

wiesz

że nie musisz

być słaba

powiedział mi ktoś

prosto w oczy

głosem którego

nigdy nie słyszałam

podniósł mnie

z kolan

luty, 2010